parallax background

„TAK” dla Miłości!

3 kwietnia 2020
Historia mojego powołania
2 kwietnia 2020
Pomimo izolacji
7 kwietnia 2020

Jak mówił św. Wincenty: „Miłość jest twórcza, aż do nieskończoności” , a drogi, które prowadzą na drogę Miłości są bardzo różne. Kiedy zostałam poproszona o napisanie świadectwa dotyczącego ślubów świętych, które złożyłam 26 sierpnia 2019 r., było mi bardzo miło, ale jednocześnie bardzo się przestraszyłam, bo nie mam ducha literackiego. Nie potrafię w kilku zdaniach, a nawet stronach, opisać tego, co działo się w moim sercu i jak wielkiej Miłości, przyjęcia, dobroci i wdzięczności doświadczyłam.


Jestem s. Agnieszka, pochodzę z małej wioski Dobrynin i jestem szczęśliwą Siostrą Miłosierdzia. Moja droga do Zgromadzenia rozpoczęła się już W gimnazjum, kiedy wyjeżdżałam na oazy da osób niepełnosprawnych jako wolontariuszka. W Łososinie Górnej na oazie poznałam Szarytki: s. Anetę i s. Barbarę. Czułam ogromną radość, miłość i pokój, które emanowały od tych sióstr. Nie rozumiałam co to jest, ale tez chciałam być tak szczęśliwa jak one. Nigdy im o tym nie mówiłam, ale kiedy było mi smutno, przypominałam sobie, jakie świadectwo mi pokazały. Lata mijały.


Przyszło liceum i myśl o zostaniu siostrą zakonną szybko przeminęła. Zaczęły się wspólne zabawy, dyskusje i poważne tematy. Kiedy byłam w klasie maturalnej, zaczęła powracać do mnie tęsknota za szczęściem - poszukiwaniem czegoś lub Kogoś, kto wypełni pustkę serca. Jestem osobą bardzo konkretną i dałam Bogu na rozeznanie powołania 24h. Wiedziałam, ze On da mi znak i pokaże, gdzie dalej mam szukać szczęścia.


Był 20 kwietnia 2011 r., kiedy z klasą jechaliśmy na pielgrzymkę do Częstochowy. Byłam przekonana, że Maryja uprosi mi dar rozeznania. Był to szalony dzień i nie sądziłam, że Bóg aż tak poważnie potraktuje moją prośbę. Czekałam na potwierdzenie o kochającym mężu i założeniu rodziny. Jeszcze nie dojechaliśmy do Częstochowy, kiedy Majka z mojej klasy postukała mnie po ramieniu i powiedziała że: „powinnam iść do zakonu”. Zupełnie tego nie rozumiałam. Potem usłyszałam świadectwo ks. Pawła, który z nami był na pielgrzymce. Powiedział, ze został księdzem, ponieważ na pielgrzymce maturzystów koleżanka powiedziała mu, że powinien tak zrobić. Odczytał jej słowa jako Głos, który potwierdził to, co miał w sercu. Ja nie byłam aż tak ufna i zaczęłam się śmiać. Nie mogłam pojąć jak coś takiego można odebrać jako znak. Później odmawiałyśmy z koleżankami koronkę do Miłosierdzia Bożego. Kiedy skończyłyśmy, mama koleżanki powiedziała, że jestem już prawie zakonnicą, bo bardzo bym się tam nadawała”. Stwierdziłam, ze tego już za wiele. Tłumaczyłam Bogu, ze musi się bardziej starać, bo ja Go nie słyszę.


Msza św. przeszła dość szybko, a kiedy mieliśmy chwilę wolnego, żeby przypadkiem nie usłyszeć zbyt dużo, poszłam na miasto, aby przypadkiem ktoś nie powiedział mi kolejny raz, ze powinnam iść do Zgromadzenia, bo pewnie zaczęłabym się bardziej tym przejmować. Kiedy kończyła się już przerwa i nie zostało wiele czasu, zadzwonił Mateusz, kolega z klasy, pytając, gdzie jesteśmy. Spotkaliśmy się pod pomnikiem kard. Stefana Wyszyńskiego. Aby dzień był udany Mateusz stwierdził, że musimy iść na wieżę widokową. Poszłam więc z nim i drugim kolegą Wojtkiem, który miał klaustrofobię i musieliśmy go zostawić na dole. Ja i Mateusz dotarliśmy na górę. Był piękny dzień i kiedy pokazywałam Mateuszowi z zachwytem, gdzie dochodzi Pielgrzymka Tarnowska, na której byłam i pielgrzymi kładą się na ziemi... on nagle wyciągnął pierścionek i spytał się, „czy zostanę jego żoną?” (nie byliśmy parą, choć bardzo mi się podobał, a pierścionek mierzyłam chwilę wcześniej na dole i nie wiedziałam, że go kupił). Byłam mega szczęśliwa - pierścionek był na moim palcu, ja w objęciach Mateusza wiedziałam, że moje miejsce będzie w rodzinie. Milion myśli na sekundę: radość z rozeznania powołania i cisza nagle przełamana słowami, które zostaną w moim sercu... „pierścionek jest dla Ciebie, ale Twoje serce nie należy do mnie, dzieje się z Tobą to samo co z Haliną” (Halina to siostra Mateusza, jest w Zgromadzeniu Służebniczek).



Zaczęłam płakać i czułam jakbym spadała w dół... nawet w najskrytszych marzeniach czy myślach nie sądziłam, że niejako to Bóg mi się oświadczył. To był moment, kiedy wiedziałam, że moje miejsce jest przy Bogu i Ubogich. Zrozumiałam gdzie będę szczęśliwa i że On zaprasza mnie do pójścia tylko za Nim. Mimo, że decyzja była podjęta, dokonanie wyboru na całe życie nie było łatwe. Jednak Pan wciąż mnie umacniał. I tak trafiłam na ul. Warszawską 8 w Krakowie. Nie wiem dlaczego, ale wiedziałam, że jeśli będę siostrą, to tylko Siostrą Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo. Znałam trochę historię objawień, które miała św. s. Katarzyna, nosiłam Cudowny Medalik, trafiłam na Vincentianę mając 18 lat.


Czas formacji początkowej minął mi bardzo szybko z różnymi wahaniami, ale z sercem pełnym ufności i radości. Nadszedł dzień 26 sierpnia 2019 r. , kiedy pełną świadomością złożyłam Śluby Święte.


Specyfika naszego Zgromadzenia jest trochę inna niż pozostałych zgromadzeń żeńskich. W czasach św. Wincentego konsekracja łączyła się z klauzurą, co nie pozwoliłoby wypełniać naszego powołania. Św. Wincenty mówił, że nie będziemy zakonnicami, ale „Siostrami Miłosierdzia”.


Nasze śluby nie są składane do końca życia, ale na rok w Uroczystość Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny. Jednak każda siostra składa pierwsze śluby z pragnieniem pozostania w Zgromadzeniu do końca swych dni. Dla mnie jest to pewnego rodzaju pomoc, aby nigdy nie przestać kochać Boga, aby każdego roku do „FIAT”, które wypowiadała Maryja do anioła, dokładać i nasze „TAK” dla Miłości, Boga i Ubogich.


Wyjątkowe jest również to, że składamy cztery śluby - czystości, ubóstwa, posłuszeństwa i służby Ubogim. Czym jest dla mnie życie ślubami? Nieudolną próbą naśladowania Jezusa, życiem w pełni szczęścia poprzez dostrzeganie, jak wiele Bóg daje mi każdego dnia oraz dziękowanie Mu za to. Jest docenianiem rzeczy małych i staraniem się, aby serce było podobne do serca Jezusa, Mistrza i Zbawiciela. Istotna jest nieustanna modlitwa o wytrwanie w powołaniu i pomnażanie wiary, aby dostrzegać osoby, które naprawdę potrzebują mnie i mojej modlitwy, uśmiechu, dobrego słowa, choć nie zawsze o to proszą. Staram się nie przechodzić obojętnie wobec nikogo, i jak mawiał św. Wincenty, próbuję odwrócić medal, by w każdym człowieku zobaczyć Boga. Czy mi się to udaje? Nie zawsze, ale głęboko wierzę, że jestem na dobrej drodze. Mam pewność, że nie jestem na tej drodze sama i to dodaje mi skrzydeł, by coraz lepiej żyć.


Jak widać Bóg ma ciekawe sposoby, aby kogoś przyprowadzić do siebie. Nie u każdego będzie to taki sposób jak u mnie, ponieważ każdy jest wyjątkowy. Jeśli jeszcze się wahasz, czy warto wstąpić na drogę Bożą - idź i spróbuj, a może się okazać, że to będzie twoja najlepsza decyzja w życiu. Proszę również o modlitwę w mojej intencji, abym była coraz lepszą Siostrą Miłosierdzia i wytrwała w powołaniu do końca moich dni.