Kim jestem, Panie mój

„Kim jestem, Panie mój, że doprowadziłeś mnie aż dotąd…”

Jedno słowo nie wyjaśnia całego zdania, ani jeden rozdział nie tłumaczy całej książki. Tak też można powiedzieć o życiu człowieka, o wyborze drogi życia, rozeznaniu powołania. Jest to ciąg wydarzeń, zwyczajnych, czasem radosnych, a innym razem mniej przyjemnych, których często nie potrafimy od razu zrozumieć. Ich sens odczytujemy dopiero po pewnym czasie. a wtedy z zachwytem i wdzięcznością, jak biblijny Dawid, możemy mówić do Pana: „Kim jestem, Panie mój, że doprowadziłeś mnie aż dotąd…” (por.2Sm7,18).

Dla mnie takim momentem był dzień 14.08.1996r. Z podjętą decyzją o wstąpieniu do Zgromadzenia przekroczyłam próg Domu Prowincjalnego Sióstr Szarytek w Krakowie. Było to wydarzenie nadające nowy kształt mojemu życiu, ale które nie było odizolowane od historii mojego dotychczasowego życia lecz na niej się opierało, z niej wynikało.

Dziś, gdy sięgam myślą do czasu mojego wczesnego dzieciństwa, z uśmiechem przypominam sobie moje wielkie zainteresowanie tajemniczymi postaciami sióstr zakonnych z mojego kościoła parafialnego (w swoim czasie dowiedziałam się, że to Siostry Franciszkanki Rodziny Maryi) i moją entuzjastyczną i dumną odpowiedź na pytanie Dziadka: „kim chcesz być?”- Będę zakonnicą!. Pamiętam też moje głośne rozmowy, czy raczej moje wołanie do Boga. W tym celu wychodziłam na łąkę, tak aby nikt mnie nie widział, i wołałam w niebo z pragnieniem, żeby On mnie usłyszał i odezwał się do mnie. Takie były moje dziecięce wysiłki doświadczenia Boga. Teraz są to zabawne wspomnienia, ale niewątpliwie były to także moje pierwsze kroki na drodze modlitwy. Do tego dodać musze pobożność maryjną, którą zaszczepiła we mnie Babcia. Na tyle wspaniale przedstawiła mi osobę Maryi, że byłam w stu procentach przekonana o Jej bliskiej, opiekuńczej obecności, co było dla mnie szczególnie istotne w drodze do szkoły, gdy niejednokrotnie trzeba było zmagać się ze szkolnym stresem. Za te piękne doświadczenia dzieciństwa dziękuję dziś Bogu.

Jako nastolatka trafiłam do wspólnoty młodzieży działającej przy parafii i tam od razu miałam możliwość doświadczyć, że życie człowieka ma sens i smak, gdy poświęcone jest innym. Wraz z koleżankami prowadziłam Stowarzyszenie Dzieci Maryi, co było dla mnie o tyle łatwe, że już w dzieciństwie zostałam „zarażona” duchem maryjnym. Poza tym przy tej okazji miałam możliwość bliżej poznać Siostry Szarytki, które animowały działalność tego Stowarzyszenia. Brałam też udział w wolontariacie w miejscowym domu Pomocy Społecznej. Były oazy i wyjazdy jako służba innym (dzieciom, niepełnosprawnym), a dla siebie rekolekcje, żeby nauczyć się słyszeć głos Boga, prawie jak Samuel! (por. 1Sm3,1-10).

Koniec szkoły średniej i wybór dalszej drogi był dla mnie momentem pewnego rodzaju kryzysu. Słyszałam głos Pana, ale robiłam to co sobie sama zaplanowałam, domagając się od Boga znaku, potwierdzenia, że to On mnie woła. I tu znów skojarzenie z postacią biblijną-tym razem Gedeon(por. Sdz 6,17). Spodziewałam się, że On jakoś z mocą zadziała, wyraźnie do mnie przemówi, przynajmniej jak do Mojżesza na górze Synaj (por.: Wj 19, 18n). Wybrałam więc studia, przygotowywałam się do egzaminów, rozpoczęłam nawet pierwszy semestr. Działo się to jednak w napięciu i wewnętrznym niepokoju. W dzień swoich urodzin-styczeń 1996r.- podjęłam decyzję o zgłoszeniu się do Zgromadzenia. Ku mojemu zdziwieniu, fanfar i fajerwerków nie było, ale za to pojawił się spokój i pewnego rodzaju wewnętrzne przekonanie, że to właśnie to. I chwała Panu!

Z perspektywy czasu widzę coraz lepiej, że to co było moim udziałem od najmłodszych lat stało się cennym wkładem na drodze, która rozpościerała się przede mną od momentu wstąpienia do Zgromadzenia. Idę nią cały czas w przekonaniu, że tym co zapewnia szczęście jest postawa pytania Pana i uważnego nasłuchiwania Jego odpowiedzi. To przygoda, która cały czas trwa!

s. Agnieszka Matląg