Każdego dnia szukam Jezusa…

Gdy poproszono mnie o napisanie świadectwa, pierwsza reakcja i odpowiedź mojej introwertycznej osobowości była negatywna — „no nie, na co komu potrzebne opisywanie mojej historii powołania; jak zamknąć i ograniczyć w słowa nieuchwytne działanie Boga w sercu…

Wiele osób mówi mi, że mam „mocny charakter”. Cokolwiek by to oznaczało, wiem, że nic tak nie łamie moich racji i niewłaściwych ocen jak spokojne słowa, którymi Jezus rozpoczyna swój dialog z faryzeuszem. który w bardzo powierzchowny sposób osądza i jawnogrzesznicę, która obmywa swymi łzami stopy Jezusa; a także samego Jezusa, który jej na to pozwala. Więc i teraz nie obyło się bez: „Szymonie, chcę ci coś opowiedzieć…” i wytrącania mi z rąk moich argumentów. Odpowiedziałam więc, że napiszę.s.Katarzyna

Niech te kilka słów będzie przede wszystkim moim prostym wyrażeniem wdzięczności, jak jestem przez Boga obdarowywana tym, że jestem zwyczajną szczęśliwą szarytką.

Wychowałam się w wielodzietnej, skromnej rodzinie w małej wiosce na Podhalu. To co najbardziej pamiętam i co najbardziej do dzisiaj mnie wzrusza, to chwile, gdy Rodzice po całodziennej ciężkiej pracy na roli klękali do wspólnej modlitwy – moje rodzeństwo i ja, chcąc nie chcąc, razem z nimi kończyliśmy dzień na klęczkach, powierzając się opiece Matki Najświętszej prosząc, byśmy szczęśliwie dożyli rana. Tata, jak to tata, upominał nas, byśmy klęczeli prosto i się nie kiwali, mama z całą swoją czułością i serdecznością prosiła, aby dał nam spokój. Czymś oczywistym było uczestniczenie w niedzielnej mszy świętej, jednak szczególnie lubiłam atmosferę nabożeństw majowych i Rorat. Czasem szukałam też takich chwil, by móc się pomodlić, tak by nikt nie widział. Wykorzystywałam na to czas pasienia owiec nad brzegiem Dunajca. Codzienność naznaczona pomaganiem w pracy na gospodarstwie, silna więź z moim rodzeństwem, zwyczajna prosta miłość Rodziców, którzy do dziś są moimi największymi autorytetami – tak bym mogła w skrócie opisać mój rodzinny dom.

Jednym z wydarzeń, które zapadło mi pamięć było obdarowanie mnie medalikiem — dopiero będąc w Zgromadzeniu odkryłam, że był to właśnie Cudowny Medalik. Stałam w grupce dzieci na przystanku, gdy podeszła do nas nieznajoma kobieta i zaczęła nam coś opowiadać. Jej słowa były dla mnie albo za trudne i ich nie rozumiałam, albo mnie po prostu niezbyt interesowały, bo zupełnie nie pamiętam, o czym mówiła, patrzyłam tylko z przejęciem na ładny, srebrny, obleczony folią medalik, który trzymała w swojej dłoni. Miała tylko jeden i… najbardziej ucieszyłam się z tego, że podarowała go właśnie mi!

Wydaje mi się, że byłam niczym nie wyróżniającą się, zaczytaną w książkach nastolatką, która razem ze wszystkimi głośno śmiała się z koleżanki z klasy, gdy ta „uroczyście” nam oznajmiła, że pewnego dnia zostanie zakonnicą. Było to dla mnie tak abstrakcyjne i dziwne pojęcie, że od razu jej odpowiedziałam, że ja na pewno zakonnicą nie chcę być i na pewno nigdy nie będę! – Dzisiaj Marzenka jest wspaniałą żoną i matką, no a ja…

Dorastałam; moje starsze siostry wychodziły za mąż, a ja, podobnie jak moje koleżanki z klasy w Liceum Ekonomicznym, marzyłam o tym, jak kiedyś skończę studia i zostanę wspaniałą bizneswoman, wcale niekoniecznie mającą męża i dzieci! Miałam normalną i dosyć sprecyzowaną wizję przyszłości, czasem tylko czułam dziwny niepokój, jakiś niedosyt…

I wtedy, zwyczajnego popołudnia, podczas czytania kolejnej książki Dobraczyńskiego, doświadczyłam czegoś tak mocnego i niepojętego, że i dziś nie umiem tego wystarczająco dokładnie opisać. Bóg w sposób bardzo delikatny, a jednocześnie jakby rozsadzający serce dał mi się poznać jako Miłość całkowicie mnie wypełniająca, potężna i cicha, Miłość, która dla mnie umarła na krzyżu, która przygarnia mnie bezwarunkowo, przebacza i uzdrawia, i która pragnie jedynie mojego dobra i mojej miłości. Pewność, radość, łzy, skrucha, wdzięczność i to moje ogromne zadziwienie, że można aż tak kochać. To przekraczało moje rozumienie, a wszystkie moje wyobrażenia i doświadczenia moich dotychczasowych miłości, fascynacji i marzeń stały się wobec tego płytkie i mało ważne.

Byłam w klasie maturalnej, moje marzenia o karierze i rodzinie rzeczywiście powoli traciły swój blask. Czułam, że to mi nie wystarczy, że drugi człowiek nie wypełni mego życia, serca i mnie nie uszczęśliwi. Po drodze były rekolekcje dla maturzystek w Krakowie, jak się okazało przy ul. Warszawskiej 8. Pierwszy raz widziałam siostry tak z bliska, „na żywo”, poza tym cały czas się gubiłam w tym wielkim domu.

Ogromne wrażenie wywarły na mnie świadectwa sióstr, choć wtedy jeszcze me widziałam siebie na ich miejscu. Zbliżała się matura, a ja po wielu chwilach spędzonych na modlitwie i przemyśleniach, wiedziałam już, że chcę żyć tylko dla Boga. W jakim zakonie i gdzie — to było dla mnie nieistotne.

Pewnego dnia przyciśnięta do muru przez mamę, bym w końcu sprecyzowała, na jakie to studia chcę pójść i co chcę dalej w życiu robić, zwierzyłam się jej ze swoich życiowych planów, oczywiście prosząc o zachowanie tajemnicy. Mama długo płakała, i choć byłam jej ukochaną córką, z całym swym matczynym błogosławieństwem uszanowała moją decyzję, podobnie jak tata i cała reszta rodziny. Po zdanej maturze zwyczajnie doszłam do wniosku, że nie ma co daleko szukać i skoro szarytki są jedynymi siostrami, które poznałam, to znaczy, że tam jest moje miejsce. Nie mogłam się doczekać, kiedy wreszcie rozpocznę mój postulat. I pewnie tym dniem wypadałoby zakończyć tą historię, ale to dopiero wtedy zaczęły się dla mnie prawdziwe rozterki…

s.Katarzyna2W skrócie przedstawię tylko, jak już w pierwszych dniach mój ideał życia zakonnego bardziej przypominający mrzonki i własne głupiutkie racje musiał zmierzyć się z realiami charyzmatu wincentyńskiego. Nagle Bóg „zniknął”, nic mi się nie podobało, modlitwa przestała być spontaniczną potrzebą serca, a życie zakonne sprowadzało się dla mnie do pustej, bezdusznej, zorganizowanej machiny, gdzie „siostry-trybiki” funkcjonują wg godzin dzwonków wyznaczających porę modlitw, snu, pracy i posiłków. Wieczorami, zdezorientowana i zawiedziona, płakałam z żalu i tęsknoty za rodziną, stwierdziłam jednak, że przecież góral tak łatwo się nie poddaje i skoro Bóg mnie tu przyprowadził, to nie po to, by sobie ze mnie zażartować, i że coś w tym musi być. Wołałam do Niego, żeby w końcu „wyszedł z ukrycia”. Zawierałam umowy sama ze sobą, że wytrzymam jeszcze tydzień, jeszcze miesiąc itd. W tych przeżyciach nieocenioną pomocą i wsparciem były rozmowy, cierpliwość i zrozumienie sióstr, które były za nas odpowiedzialne, kierownictwo duchowe „wzajemne „wspieranie się w biedzie” współpostulantek oraz przede wszystkim modlitwa, bo do dzisiaj nie potrafię wytłumaczyć, w jaki sposób przetrwałam ten czas bólu, buntu i pustki.

I wreszcie, po upływie pierwszego roku, gdy po kolejnym dzwonku na modlitwy, poirytowana, machinalnie ucałowałam duży krzyż przy wejściu na Postulat, nagle w sercu usłyszałam ciche, mocne i przejmujące słowa: „Idź i znajdź tam Mnie”. To był… jakby początek wyłomu w moim murze, to mi wystarczyło. Teraz, z perspektywy czasu mogę napisać, jak powoli zaczęłam rezygnować z własnej, niedojrzałej wizji Boga i siebie, zgadzać się na to, że Bóg mieszka we mnie tak zwyczajnie, jest moją siłą codzienności, w radości, jest blisko w niezrozumieniu, pustce i ciszy; jest w moim bliźnim, od którego spojrzenia nie można uciec, a który pyta mnie po raz kolejny: „Siostro, dlaczego cierpienie, dlaczego to ja zachorowałem?” Każdego dnia na nowo szukam Jezusa, dziękuję Mu, uczę się zgody na bycie obdarowywaną łaską miłości, łaską powołania, łaską służby dla Niego w drugim człowieku.

s. Katarzyna Byrdak

źródło: „Meteor”, nr 1-2/2015