Na niwie Pana w Kongo

„Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”. /Mt 25,40/

Jest sobota 29 czerwca 2009 roku godz. 19.05. Samolot linii Air France ląduje na małym lotnisku w mieście Kinszasa – stolicy Konga. Jak zwykle, jest trochę zamieszania przy pokonaniu krótkiego odcinka drogi dzielącego płytę lotniska od budynku. Podnosząc głowę otwieram szeroko oczy i spostrzegam, że wszystko wokół mnie jest czarne: niebo, garnitury… Ciemne są także twarze osób, z którymi rozmawiam. Czas odbioru bagażu trochę się wydłuża, ale trzeba zachować spokój. Przecież mamy czas i na pewno wszystko pójdzie dobrze. Wychodzimy na parking, gdzie czeka samochód. Podchodzi do mnie pierwsza siostra równie czarna jak pozostałe osoby. Po powitaniu wkładamy bagaże do samochodu i wyruszamy w kierunku naszego domu. Uświadamiam sobie, że od tej pory będę żyć wśród osób o ciemnej skórze. Tylko niektóre fartuchy szpitalne pozostaną białe lub innego koloru. Szybko przyzwyczajam się do tej rzeczywistości powtarzając sobie: „Masz to czego chciałaś”. Pierwsze dni, tygodnie, miesiące upływają spokojnie. Studiuję misjologię, poznaję nowych ludzi, nowy język, nową kulturę, historię innego świata (wszystko jest zupełnie inne).

Wreszcie nadchodzi dzień, kiedy podejmuję czynną posługę wśród ubogich, chorych. Pierwszym miejscem mojej misyjnej pracy jest szpital ogólny, a właściwie wielofunkcyjny. Są tu pawilony: interny, chirurgii, położnictwa, pediatrii oraz nagłych przypadków. Chętnie zdobywam doświadczenie posługując po kilka miesięcy kolejno w poszczególnych pawilonach. To pozwala mi lepiej poznać charakter pracy, sposób postępowania w obecnych konkretnych warunkach. Bardzo uważnie wszystkiemu się przyglądam.

Dni upływają szybko. Dzisiaj mija osiem lat od wspomnianych powyżej przeżyć. W pracy w tutejszym otoczeniu czuję się jak przysłowiowa „ryba w wodzie”. Doprawdy, uświadamiam sobie jak niewiele potrzebuje człowiek, by być szczęśliwym i wolnym. Mieszkańcy Lukoleta, Yumbi i okolic są bardzo otwarci na naszą pomoc. Są życzliwi, uważni na zalecenia, lecz zawsze z pewną rezerwą, a raczej z nutą tradycyjnego podchodzenia do sytuacji. Bardzo ważne jest przestrzeganie, a może więcej okazywanie szacunku dla kultury, zwyczajów. Czasem trzeba coś zmienić, czemuś zaprzeczyć. Trzeba to jednakże zrobić delikatnie i wytłumaczyć z jakiego powodu należy postąpić inaczej. Pracując w pawilonie chirurgii byłam odpowiedzialną za zmiany opatrunków. Bardzo mi to odpowiadało, gdyż w trakcie zabiegów mogłam doskonalić znajomość lokalnego języka, dialektu oraz lepiej poznawać środowisko życia, w którym przyszło mi obecnie żyć.

Afryka u większości z nas kojarzy się z biedą, z płaczącymi dziećmi z plakatu. To prawda, jest tu bardzo ubogo. Przeciętny człowiek żyje tak biednie, że nie można sobie tego wyobrazić. We wnętrzu domów właściwie nie ma nic za wyjątkiem kilku ciuszków rzuconych w kąt, jednego dużego garnka zwanego „anti voleur” (przeciw złodziejowi), dużej łyżki, pewnego rodzaju stolnicy do wytwarzania kwanga (ugotowane korzenie manioku) i dużego drewnianego kociołka do przygotowania mpondu. Mpondu to jarzyna spożywana praktycznie codziennie, oczywiście z kawałkiem ryby. W drugiej ręce trzyma się kawałek kwanga czyli szarpane „fufu”. Fufu to jedna bardzo duża kluska. Każdy urywa lub kroi trzciną odpowiedni kawałek i zjada z apetytem. Jak mogłoby być inaczej skoro jedzą raz lub niekiedy dwa razy dziennie.

Ze sposobem życia dorosłych jest mniejszy kłopot. Jakoś sobie poradzą. Największym problemem i priorytetem w naszej posłudze są niedożywione dzieci. Zasadą kongijskich rodzin jest jeden posiłek dziennie spożywany najczęściej wieczorem. Dzieci są zmęczone całym upalnym dniem, nauką lub innymi obowiązkami. Ten styl sprawia, że często zasypiają głodne. Dzieci często są osłabione, anemiczne, zmniejszona jest ich odporność na różnego rodzaju choroby. Dlatego na miarę naszych możliwości otaczamy te dzieci opieką.

Innym interesującym spostrzeżeniem jest ziemia koloru czerwonego oraz parzące promienie słoneczne padające pod kątem prostym w rejonie równika. Gorąc jest przenikliwy dający się mocno we znaki.

Życie Misjonarza jest piękne, ale tylko wówczas, gdy poczuje się na swoim miejscu, gdy potrafi zaakceptować warunki oraz kulturę danego środowiska. Zachęcam wszystkich do czytania wszelkiego rodzaju czasopism misyjnych, szczególnie zaś do modlitwy za Misjonarzy, do troski o budzenie powołań misyjnych, bo jak wiemy jeszcze ogromny procent ludności nie zna Chrystusa, Jego Ewangelii. Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. Proście więc Pana Żniwa, aby wyprawił robotników na swoje Żniwo (Łk 10, 1-3). Ja ze swej strony wszystkim dziękuję za modlitwy i nadal polecam się Waszej pamięci.

Wdzięczna za wszelkie dobro i przykład wiary

s. Urszula Chudy SM
Misjonarka w  Demokratycznej Republice Konga

Siostra Urszula, Misjonarka, przeprowadziła 17 września br. w Dąbrowie Tarnowskiej kwestę na rzecz budowy studni z wodą pitną na potrzeby misji w Yumbi. Składa serdeczne podziękowanie za złożone na ten cel ofiary w wysokości 17 tys. zł. Jest wzruszona dobrocią Parafian i wrażliwością na ludzi biednych.