Najlepiej popatrzeć w oczy

Jestem bezdomny. Przychodzę tu nie tylko zjeść, ale przede wszystkim pomodlić się. To dla mnie dom miłosierdzia – przyznaje pan Antoni.

[Przedruk za: Gość Niedzielny 45/2016   dla diecezji Zielonogórsko-Gorzowskiej]

fot. KRZYSZTOF KRÓL /FOTO GOŚĆ
fot. KRZYSZTOF KRÓL /FOTO GOŚĆ

Od trzech lat w domu Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo przy ul. Warszawskiej 45 w Gorzowie Wlkp. istnieje Centrum św. Katarzyny Labouré.

MAMY CZWARTY ŚLUB
Dlaczego św. Katarzyna? – To duchowa córka św. Wincentego, podobnie jak każda z nas, dlatego właśnie wybraliśmy ją na patronkę. Posługiwała najuboższym we Francji, miała przywilej zobaczenia Matki Bożej. Cudowny Medalik pochodzi właśnie od niej. To tak w skrócie. Naszym współpatronem jest też Mateusz Talbot. Niektórzy dziwią się „Jak to? Taki alkoholik jest kandydatem na ołtarze?”. To właśnie jest działanie Boga – wyjaśnia s. Arleta Chmist, która pochodzi ze Skwierzyny. – Najprościej o tym miejscu mówi się jadłodajnia, ale to tylko jeden z elementów puzzli, które tworzą jedną całość. Doświadczamy, że ci poranieni ludzie przychodzą do Centrum św. Katarzyny nie tylko zaspokoić swój głód fizyczny, zjeść gorącą zupę, ale też szukać rady, wsparcia modlitewnego, czy jak sami to określają „odpocząć w spokoju i ciszy”. Przecież każdy z nas jest godny miłości i na różne sposoby to demonstruje. Wydaje mi się, że jeśli ktoś przychodzi do domu zakonnego, to pierwszym naszym obowiązkiem jest zadbać nie tylko o ciało, ale i o ducha. Zresztą św. Wincenty podkreślał, że nasza rola polega na służeniu duszy i ciału. Mamy nawet czwarty ślub służenia ubogim – dodaje.

NIEDZIELA ZUPEŁNIE INNA
Centrum to miejsce, gdzie pomoc mogą znaleźć osoby bezdomne, uzależnione, samotne, a także każdy, kto znajduje się w trudnej sytuacji życiowej. Jest tam kuchnia, magazynik z odzieżą, sala jadalna z kominkiem, łazienka z WC i prysznicem. Do dyspozycji jest też pralka.

Wiele osób przychodzi pomagać w przygotowaniu posiłku na kolejny dzień. To nie tylko zwykłe obieranie ziemniaków, czy krojenie marchewki, ale też okazja do rozmowy. A przy okazji też odszukiwanie w sobie tego, co najlepsze, np.: prostych słów: „proszę”, „dziękuję”, „przepraszam”. Uczymy się na nowo szukać piękna w naszym życiu, bo przecież ono ciągle w nas jest –zapewnia siostra i kontynuuje: – Centrum to nie ma być kantyna w której siadam, jem posiłek i wychodzę. Stoły są tak ustawione, aby to sprzyjało bliskości i wspólnej rozmowie. Ten stół łączy historie różnych osób, np.: obok 90-letniego pana, który ma dach nad głową, ale sam nie może już sobie ugotować zupy, siada człowiek bezdomny. Jeden jest elegancki, w krawacie, a drugi nie ma nic. Tu nie ma lepszych i gorszych. Centrum jest czynne prawie codziennie. Wyjątkiem jest sobota, choć i tak tego dnia każdy może przyjść po chleb. – To dzień, w którym mogę powiedzieć Bogu o tych wszystkich ludziach, którzy do nas przychodzą. Bez tego nie dałabym rady – wyznaje siostra. – W niedzielę Centrum jest otwarte, ale ten dzień jest inny niż wszystkie. Najpierw spotykamy się na Mszy św., następnie na obiedzie, a potem jest kawa, herbata i ciasto. Później odmawiamy jeszcze Koronkę do Miłosierdzia Bożego, a potem oglądamy film, mamy grupę dyskusyjną albo skrzynkę pytań – dodaje.

SIADAJ I POROZMAWIAJ
Gorącego posiłku nie dostaną tu osoby pod wpływem alkoholu. Nie wyjdą jednak z pustymi rękoma, mogą wziąć chleb. – Na początku myślałam, że to walka z wiatrakami. Ale to jednak ma sens! Człowiek, który nie ma stawianych wymagań w miłości, nie będzie do niej dążył. Miłość jest zawsze wymagająca i dlatego postanowiłam, że można przychodzić tylko w stanie trzeźwym. I są takie sytuacje, że przychodzi pan, ale nie wchodzi dalej mówiąc: „Siostrzyczko ja tylko po chlebek”, a ja na to: „Ale jutro zapraszam!”. Konieczność niepicia ich motywuje – opowiada siostra.

Niektórym osobą udaje się stanąć na własne nogi.– Wiele razy ktoś przyszedł po dłuższym okresie i mówi: „ Proszę siostry, mam gdzie mieszkać i pracuję!”; „Proszę siostry, jestem po odwyku” albo „Proszę siostry, mam narzeczoną”. Co ciekawe, niektórzy pytają: „Siostro, a mogę jeszcze przychodzić?”. Bardzo cieszę się, że przychodzą, bo oni są stymulatorem dla pozostałych – podkreśla s. Arleta i dodaje: – Zdarzają się też inni wolontariusze. Czasem ktoś przychodzi i mówi: „Siostro, co mogę zrobić?” Wtedy mówię „Siadaj i porozmawiaj”. W miłosierdziu nie chodzi o to, aby coś człowiekowi dać, ale żeby z nim być. Więc czasem starczy, że usiądziemy i najzwyczajniej w świecie go posłuchamy. Trzeba usiąść i popatrzeć człowiekowi w oczy. kk